Mistrzejowice z pasją: Tomek Mołczan. “Najważniejsze jest to, aby znaleźć swoje miejsce w tym świecie i żyć w zgodzie z własnym sumieniem”

Czwartym bohaterem naszego cyklu “Mistrzejowice z pasją” jest Tomek Mołczan, mistrzejowiczan od urodzenia, który poruszył nas swoim niezwykłym zaangażowaniem w rajd charytatywny o nazwie Złombol, którego celem jest pokonanie wytyczonej trasy – w tym roku aż 4000 km do Turcji i z powrotem! – oraz zbiórka pieniędzy na dzieci z domów dziecka w całej Polsce. Tomek rok temu kupił “Malucha” i razem z kuzynem każdą wolną chwilę poświęcają na przygotowaniach go do czerwcowego rajdu. 

Spotkaliśmy się z Tomkiem przy filiżance kawy i porozmawialiśmy o jego pasjach, marzeniach oraz miłości do Mistrzejowic. Zapraszamy i Was na tę rozmowę :)

Napisz kilka słów o sobie. Jak się nazywasz, krótko o tym, kim jesteś i czym się zajmujesz :)

Cześć, nazywam się Tomek Mołczan, z Mistrzejowicami jestem związany od urodzenia – tu się wychowałem, chodziłem do szkoły. Pracuję w firmie Juka, która zajmuje się produkcją mebli chłodniczych i gastronomicznych. Co ciekawe – firma swoje początki miała nieopodal – na os. Strusia, a aktualnie jej siedziba znajduje się w Niepołomicach. W telegraficznym skrócie jestem odpowiedzialny za dobór różnych podzespołów chłodniczych oraz testy urządzeń. I co najważniejsze – od niecałego roku jestem “szczęśliwym” posiadaczem Polskiego Fiata 126p!


Co uważasz za wyjątkowe w Mistrzejowicach? Czy masz swoje ulubione miejsca w dzielnicy?

Mistrzejowice są wyjątkowe, bo… dzielnica znajduje się na górce! A przynajmniej jej część, przez co akurat w zimowym czasie problem smogu dotyka nas, mieszkańców troszkę mniej. Poza tym w Mistrzejowicach mieszka duża część moich znajomych przez co mogę stwierdzić, że tą wyjątkowość tworzą jej mieszkańcy, gdyż każdy ma do zaoferowania coś wyjątkowego swoją osobą. Zaletą naszej dzielnicy, a zwłaszcza tych starych osiedli, są także tereny zielone, których przy ówczesnym budownictwie niestety brakuje.

Czy widzisz jakieś problemy w dzielnicy, które można by naprawić? Czy jest coś, co byś zmienił?

Ciężko powiedzieć, problemy na pewno jakieś się pojawiają, ale nie na poziomie całej dzielnicy tylko poszczególnych mieszkańców, czy kilku bloków. Jednym z takich problemów są miejsca parkingowe, których jest za mało, czy przepustowość ulic, które w godzinach szczytu pękają w szwach. Ale tak jak wspominałem o terenach zielonych, które są zaletą, tak samo po przeciwnej stronie szali można postawić problem z niedostosowaniem miejsc parkingowych do ciągle rosnącej ilości samochodów. Niestety nie ma osiedla idealnego.

Jak to się stało, że kupiłeś Malucha i wyruszasz nim w 4000 km podróż? 

Pewnie w każdej rodzinie znajdzie się osoba, która miała malucha, albo przynajmniej nim jechała. Kultowe auto produkowane dziesięciolecia, z niezbyt ładną stylistyką, bez zbędnej elektroniki, z 24 konną jednostką napędową, chłodzoną powietrzem, która była projektowana na de facto pustynne warunki. Czego w czasach komuny można było chcieć więcej? W mojej rodzinie można spokojnie powiedzieć, że wujkowie mieli w sumie kilkanaście sztuk 126p. Oczywiście najbardziej pamiętam białego fiacika mojego taty z 1977 roku, którym pokonywaliśmy niezliczone kilometry. Oczywiście auto psuło się niemiłosiernie, ale mając części zapasowe i kilka podstawowych narzędzi takich jak: młotek, śrubokręt płaski i klucze 10, 13, 17 można było dokonać reanimacji samochodu na poboczu. Niestety fiata bardzo polubiła także rdza, przez co po kilkunastu latach musiał pożegnać się z drogami i został wysłany w ostatnią swoją drogę na złom (warto wspomnieć, że wtedy malucha, których było mnóstwo na ulicach można było kupić za przysłowiową flaszkę, więc jego remont przewyższał kilkunastokrotnie zakup sztuki w lepszym stanie). Wtedy jako uczeń podstawówki pomyślałem sobie, albo raczej zamarzyłem, że kiedyś będę miał swojego 126p. Dziecięce marzenie zostało przesunięte na dalszy plan, jednak po kilkunastu latach dojrzewania do tej decyzji, sentymencie i namowie kolegi postanowiłem połączyć przyjemne z pożytecznym i kupiłem malucha. Można by sobie pomyśleć, że to jest zachcianka, ale tak jak wcześniej mówiłem chciałem też zrobić coś pożytecznego i padło tutaj na Złombola! Oczywiście wtedy – a więc jakieś dwa lata temu – okazało się, że jeśli chodzi o dostępność oraz ceny fiata dużo się zmieniło i prawie niemożliwe jest kupienie w rozsądnych pieniądzach samochodu w dostatecznym stanie. Po 6 miesiącach przeszukiwania rynku w końcu udało się dorwać “wymarzony” egzemplarz – używany ponoć na co dzień przez właściciela Fiat 126p FL z 1993 roku, a więc jeszcze nie wersja typu elegant. Jest to o tyle ważne, maluszki produkowane zwłaszcza od 1994 roku są jakościowo gorsze i szybciej rdzewieją. Oczywiście znajdą się i tacy, którzy mogą powiedzieć, że mój mały “ef” także jest z końcówki produkcji i powinienem szukać egzemplarza z  70-tych lat, ale niestety to są już białe kruki, których cena oraz stan – bo czego można się spodziewać po kilkudziesięcioletnim aucie – może przyprawić o zawrót głowy. Dlatego nie wybrzydzałem i trafiło na tą sztukę Złombol-idu.

Jeśli chodzi o tą wspomnianą ponad 4000 kilometrową podróż to na razie Kaszlak przejechał niecałe 23 km i jest remontowany przeze mnie i kuzyna, z którym wybieram się na Złombola. Ale jesteśmy dobrej myśli, bo przejechaliśmy ten dystans w miarę bez przygód.

W miarę?

Okazało się, że rozładował mu się akumulator, poziom paliwa wskazywał jego brak i nie działały żadne światła. Ale wystartowaliśmy, właściciel dolał 5 l, odpalił na pych i powiedział, że zajedziemy spokojnie 30 km na tej ilości paliwa. Po dojechaniu do pierwszego skrzyżowania, czyli po jakimś kilometrze pojawił się pierwszy problem: brak wprawy. Efekt? Samochód zdechł. W naszych głowach pojawiły się najczarniejsze myśli. Przekręcamy kluczyk – nic, ale czego można się spodziewać po rozładowanym akumulatorze… Na szczęście było nas dwóch i malczan odpalił na pych. Nauczka na przyszłość – z trzeciego biegu jednak nie ruszy, a skrzynia nie jest pierwszej jakości i trzeba się przyłożyć do wajchowania. W planach mieliśmy jeszcze podjechać na stację paliw, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy kusić losu i jedziemy siłą rozpędu do miejsca docelowego. Udało się. Jeszcze kilkukrotnie na trasie z przyzwyczajenia szukałem piątego biegu, ale dobrze, że maluch jest wyposażony w czterobiegową skrzynie. Po wjechaniu na kanał okazało się, że połowa rzeczy jest niesprawna. Resor de facto nie istniał, tak samo jak dwa amortyzatory, w przekładni kierowniczej rozleciało się łożysko, drążki kierownicze były zatarte albo “wylatane”, w piastach łożyska już wykazywały ślady przegrzania, jedna zwrotnica żyła własnym życiem, blacharsko podwozie przypominało bardziej ser szwajcarski niż stabilną konstrukcję. Więc jak tu nie kochać takiego samochodu – niby nic nie działa, wszystko trzyma się na przysłowiowej ślinie, a jednak jeździ!

Opowiesz coś więcej o samym Złombolu?

Złombol… W skrócie jest to rajd charytatywny polegający na pokonaniu wyznaczonej trasy autem o socjalistycznej / komunistycznej produkcji lub konstrukcji, a więc obok Poloneza, Żuka, czy Trabanta, wybór Fiata 126p wpisuje się znakomicie. Jednak każdemu z typowym rajdem kojarzy się rywalizacja na krótkich OSach przy pełnym zapleczu mechaników. Tutaj chodzi o coś zupełnie odmiennego. Odcinki mają po kilkaset kilometrów po publicznych drogach, a rywalizacja odbywa się na płaszczyźnie ja – samochód, bo pomocy mechaników próżno szukać. Jedynym naszym zapleczem będzie to, co przygotujemy i zabierzemy ze sobą na wyjazd. Można się więc spodziewać dylematu typu: Co zabrać? Kolejny zabierak, para gatek, czy dodatkowa konserwa. 

Jednak to co przed chwilą opisałem to tak naprawdę ostatnie chwile tego eventu. Celem imprezy jest zebranie jak największej ilości pieniędzy od darczyńców, które w 100% są przekazywane na domy dziecka w całej Polsce. Z tej kwoty będą fundowane potrzebne przedmioty, czy szkolenia i kursy dla podopiecznych. Minimalna kwota, jaką jedna ekipa ma zebrać do chwili startu to 2000 złotych, ale celujemy w dużo większą sumę. Darczyńcami mogą być osoby prywatne oraz firmy. Co można dostać w zamian? M. in. satysfakcję z pomocy dzieciom i ich uśmiechy, a także udostępnienie miejsca reklamowego na naszym pojeździe oraz informacji na fanpage naszego teamu oraz oficjalnej stronie Złombola. Może nie oferujemy dużo w zamian, ale głównie chodzi tu o pomoc dzieciakom, które nie mogą liczyć tak naprawdę na nikogo bliskiego. 20 czerwca oficjalny start tradycyjnie będzie miał miejsce pod Spodkiem w Katowicach. Następnie ekipy wyruszą w 2000 kilometrową wyprawę w stronę Burhaniye w Turcji. Czas? Całe 4 dni. Po drodze przejedziemy przez kilka krajów, będziemy podziwiać piękne krajobrazy i poznawać tamtejszą kulturę. Po oficjalnej mecie tak naprawdę będziemy tylko w połowie drogi, bo będziemy musieli jeszcze wrócić do Krakowa. Tu jednak nie ma limitu na powrót i będziemy mogli spokojnie pozwiedzać jakieś ciekawe miejsca. Liczymy na to, że obejdzie się bez większych usterek, zwłaszcza, że teraz porządnie przygotowujemy nasz samochód do podróży, więc myślę, że przejechanie 4000 kilometrów będzie naszym minimum. 

Ile czasu poświęcasz na wyremontowanie Fiata?

Czasu nie liczę, czego żałuję, bo przynajmniej mógłbym podsumować pracę nad tym projektem. Zazwyczaj pracujemy w wolnym czasie – w soboty, czasem po pracy. Jest to o tyle niewygodne, że samochód jest na działce oddalonej o 70 km od Krakowa. Ale wiele nie tracę jeżdżąc po pracy z Niepołomic, gdyż czasowo jadę dłużej tylko o 20 min w porównaniu do powrotu do Krakowa w korkach. Jednak liczy się satysfakcja, dobry cel i mamy nadzieję zwieńczenie wyprawy metą w Turcji.

Co w tym rajdzie i przygotowaniach jest dla Ciebie wyjątkowe?

Remont malucha można potraktować jako swego rodzaju hobby. Wyjątkowe jest to, że na początku mój stan wiedzy o samochodzie był ograniczony do minimum. Na szczęście stare auta cechuje prostota budowy. Jednak samemu rozbierając malucha i zastanawiając się co trzeba dokupić, co jest potrzebne, a co nie – trochę już wiem. Można pomyśleć, że porwałem się z motyką na słońce, albo mogliśmy pójść na łatwiznę i oddać samochód do profesjonalnego remontu, ale uważam, że mając chęci, samozaparcie i dobrą wolę możemy zrobić wszystko i pokonywać nawet swoje ograniczenia, czy niewiedzę. To samo dotyczy rajdu. Wyremontować fiacika to jedno, drugim i bardziej wymagającym wyzwaniem będzie pokonanie trasy mając tylko części i wiedzę, którą ze sobą zabierzemy. Kwestia planowania odegra tu kluczową rolę. Zdani będziemy na siebie i innych uczestników rajdu. Jednak nie ma co gdybać, tylko porządnie się przygotować na każdą ewentualność. 

Dla mnie wyjątkowe też jest podejście innych osób, zwłaszcza takich, którzy mieli swoje przygody ze 126p. Rodzina czy znajomi chętnie rozmawiają, dopytują się jak idą prace, gdy trzeba dzielą się swoim doświadczeniem. Czasami odnoszę wrażenie, że jest to temat, który poniekąd łączy ludzi i często wspominają z sentymentem i uśmiechem na twarzy zarówno dobre jak i złe chwile związane z Polskim Fiatem.

Co chciałbyś osiągnąć przez udział w rajdzie?

Mam dwa cele: wrócić za kierownicą maluszka oraz zebrać jak największą kwotę na pomoc dzieciakom. Pomagać można na wiele sposobów – ja, tak jak inni uczestnicy rajdu, wybrałem taką formę. Na pewno lepsze to, niż siedzenie np. w domu przed telewizorem.

Z tego co mówisz słychać, że lubisz pomagać 🙂 Czy angażujesz się jeszcze w jakieś akcje lub projekty?

W tym momencie to jedyna akcja, w którą jestem bardzo zaangażowany. Jestem tego zdania, że nie ma co łapać kilku srok za ogon, bo na dłuższą metę trzeba będzie poświęcić coś kosztem czegoś. Lepiej dawać z siebie 100%, ale w jednym projekcie tego typu.

Jakie masz jeszcze inne zainteresowania?

Muzyka. Uwielbiam dobrą muzykę. Słucham wszystkiego, ale najbardziej przemawia do mnie współczesna muzyka instrumentalna oraz ostatnio piosenki Lany Del Rey. W wolnych chwilach, dla relaksu lubię też pogrywać na keyboardzie dla siebie. Poza tym przez sześć lat byłem sędzią piłkarskim w podokręgu krakowskim, co traktowałem jako hobby, a nie jakąś ścieżkę kariery. Boisko dużo mnie nauczyło, zwłaszcza radzenia sobie ze stresem i zarządzaniem ludźmi, bo jednak emocje 22 piłkarzy i kibiców czasami są trudne do opanowania i każde moje słowo, czy gest miał w takich sytuacjach duże znaczenie. Naprawdę ciekawa szkoła życia, która na pewno wyjdzie mi tylko na plus. Z uwagi na to, że prace nad maluchem zajmują dużo czasu można powiedzieć, że zastąpiły mi one właśnie sędziowanie, które także wymagało trochę wysiłku i poświęcenia.

Jak chcesz się dalej rozwijać? W jakim kierunku dążysz?

Nie lubię planować bardzo daleko w przyszłość. Nie chcę być też fatalistą i mówić, żebyśmy żyli chwilą, bo jutro możemy zginąć w wypadku. Ja póki co chcę realizować się zawodowo no i przejechać Złombola. 

Najważniejsze to to, aby znaleźć swoje miejsce w tym świecie i żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Do tego w końcu dążymy. Życzmy sobie, aby każdy odkrył cel swojego życia i realizował się we wszystkim co robi. Nie ma co tracić czasu na głupoty, bo życie mamy tylko jedno i choćby nie wiem co, nie odzyskamy zmarnowanych sekund.

Jak można się z Tobą skontaktować?

Bardzo bym się cieszył, jeśli znalazłaby się osoba chętna do pomocy i przekazania choćby złotówki na konto Złombolowe Dzikiego Kaszlaka. Zachęcam do kontaktu z nami najlepiej przez Facebookowy profil, ewentualnie przez mojego maila tmolczan@gmail.com. No i najważniejsze, żeby wpłacając pieniądze na konto fundacji wpisać w tytule przelewu “darowizna” oraz nazwę “Dziki Kaszlak”, ale to już wytłumaczmy każdemu chętnemu w krótkiej instrukcji jak można pomóc lub można również zajrzeć TUTAJ. Można również przeznaczyć 1% na rzecz Złombola. A co w zamian? Oprócz wyżej wymienionych form może przejażdżka maluchem po dzielnicy, jak już go odremontujemy?

Jeśli interesuje Was projekt Tomka, śledźcie nasz portal – pojawią się tu jeszcze relacje z przygotowań oraz z samej podróży a także wywiad z innym uczestnikiem Złombola. A wszystkich tych, którzy chcieliby wesprzeć chłopaków w tym, co robią zapraszamy do patronowania całej akcji. Szczegóły znajdziecie tutaj: LINK.

Dodaj komentarz